2024 AOTYs

    Inaczej niż w 2023, rok 2024 był dla mnie dużo bardziej charakterystyczny. Muzyka towarzyszyła mi dużo bardziej podczas różnych wydarzeń i tym samym również lista najlepszych albumów roku ma dla mnie zupełnie inny charakter niż w poprzednim notowaniu - w którym to uskarżałem się na brak skupienia na muzyce właśnie.

Tym niemniej jest coś, co najpewniej bywalców bloga będzie zastanawiać - po pierwsze, dlaczego znów artykuł o AOTKach 2024 jest w połowie następnego roku? A po drugie, gdzie jest ów zin, który obiecałem zamiast artykułu na blogu?

Są to rzeczy powiązane, bowiem obie te obsuwy wyniknęły z mojego braku czasu, który dopadł mnie pod koniec roku 2024. Częściowo za sprawą zaangażowania w projekt Morrowindowy, a częściowo przez mój powrót na studia. Obie te rzeczy zupełnie wywróciły moje plany do góry nogami - jednak jestem im za to wdzięczny, bo dobrych zmian, które przyniósł mi rok (już dawno) poprzedni i obecny nie mogę zliczyć.

Tak czy inaczej, w te wakacje w końcu udało mi się organizacyjnie zebrać, by skończyć artykuł, który przez te ponad pół roku siedział mi na ramieniu. Ta późność ma ten plus, że wpadły do tej listy dwie płyty, których by w grudniu nie było.

Natomiast w tym roku - choć tym razem się nie zarzekam - mam nadzieję, że AOTKi 2025 ujrzymy w formacie zina, w grudniu. A póki co, powróćmy nostalgicznie do roku poprzedniego i jego najlepszych (w moim mniemaniu) albumów - a było ich trochę! Oto i one:

✶✶✶


25. Darkthrone – It Beckons Us All.......
Dziadkowie norweskiego black metalu należą do grona tych zespołów, które mimo swojej długiej kariery, wciąż nie tylko trzymają się na nogach, ale na tych nogach również nagrywają świetną muzykę. I choć nowy Darkthrone nie jest w żaden sposób rewolucyjny czy popychający ich brzmienie naprzód - jest to po prostu bardzo solidny album Darkthrone. I dla fana ich dyskografii, do których się zaliczam, jest to wystarczająco dużo, by wpisać go w listę faworytów roku.

24. Cigarettes After Sex – X's
Obecność tego albumu w liście ważyła się do ostatniej chwili, gdyż "X's" jest albumem na wskroś CAS-owym: żartobliwie mógłbym powiedzieć, że każdy utwór brzmi tak samo. Jednak nie bez powodu ten żart jest powtarzany najczęściej przez najżarliwszych fanów zespołu, bo mimo ogromnych podobieństw między utworami, magią są te różnice między nimi, które zauważa się dopiero po odsłuchaniu ich w określonym momencie. Zupełnie randomowym, magicznym, nostalgicznym czy po prostu ważnym. Muzyka Cigarettsów otula swoim spokojem i romantycznym ciepłem, będąc przytulnym schronieniem - i nie inaczej jest z "X's".

23. Empire of the Sun – Ask That God
Po latach ciszy, australijski duet synthpopowy zaskoczył wszystkich niespodziewanym albumem - i zjawiskowymi przebraniami użytymi do teledyskowej scenografii.
Nie będzie to zaskoczeniem, gdy napiszę, że nowy album jest skoczny, lekki, a jego egzotyczne motywy splatają się z wokalem tworząc nieco oniryczną harmonię. To wszak Empire of początku ich działalności - ta płyta jednak chwyciła mnie za serce jakoś bardziej, być może za sprawą dojrzalszego, głębszego brzmienia.

22. The KVB – Tremors
The KVB zawsze pojawiało mi się gdy tylko błąkałem się po rejonach post-punk revivalu, niezmordowanie taksowało mnie spojrzeniem i wyrzutami. Ale wówczas nie byłem w stanie się przełamać, te rzekomo ich wielkie albumy nie przemawiały do mnie.
Zmieniło się to z "Tremors". Płyta ta sprzedała mi KVB - jako zespół już znacząco inny, bo przesiąknięty elektroniką, a nieraz wręcz bardzo hipnotycznymi partiami, jak ma to miejsce w utworze "Dead of Night". Koniec końców to nie tylko ja się zmieniłem - ale i zmieniło się KVB. I to bardzo pozytywnie.

21. Being As An Ocean – Death Can Wait
Mało który zespół post-hardcore'owy może się szczycić tym miejscem, które BAAO znalazło w mojej muzycznej biblioteczce. Ale też nie znalazło się tam przypadkiem - od samego początku tworzyli oni coś, co zgrabnie mieszało melodyjność, delikatność i ciężkość gatunku. Każdy album był pewnego rodzaju podróżą po emocjach, i nie inaczej stało się z "Death Can Wait", które jednak zdaje się być cięższe i bardziej naładowane emocjonalnie niż jego poprzednicy.

20. IAMX – Fault Lines2
Muzyka IAMX była przez długi czas dla mnie pewną enigmą - miała w sobie dość specyficzny urok, ale nie mogłem się do niej nigdy przekonać w pełni. Potrzebowałem dość konkretnego nastroju do tego synthpopu - czy to przez IAMXowe podejście do dźwięku, czy całej otoczki poza-muzycznej.
Nowy singiel jednak mocno zachęcił, także dałem "Fault Lines2" szansę. I to był bardzo dobry wybór, bo druga część jest bardzo mistycznym doświadczeniem, dając elektronicznym dźwiękom bardzo transowy, new age'owy charakter. Wokal Chrisa również wydaje się wyjątkowo podkreślać emocje, co chyba najbardziej dobitnie czuć we właśnie inicjującym singlu "Neurosymphony".

19. The Awakening – The Awakening
Australijski The Awakening w końcu zdecydował się na album o tej samej nazwie co zespół. I oddaje ta nazwa bardzo wiele tego, co w tym albumie charakterystyczne i dobrze zrobione - faktycznie jest on pewnego rodzaju laurką wobec wypracowanego stylu zespołu. Jest to jednak płyta ciut bardziej melodyjna niż kładząca nacisk na atmosferę, więc ma w sobie większy potencjał do słuchania w losowych momentach, zamiast w deszczowy dzień, czytając książkę. Choć pewnie i na tę drugą okazję będzie przyjemnym muzycznym tłem.

18. Inquisition – Veneration of Medieval Mysticism and Cosmological Violence
Po albumie, który personalnie uznawałem za najlepszy w karierze Inquisition, ten kolumbijski duet kazał nam długo czekać na kolejne wydawnictwo. To połączenie stawiało wysoką poprzeczkę dla "Veneration". I zamiast próbować powtórzyć tę samą formułę, Inquisition zdecydowało się położyć całą szalę na atmosferyczność, oferując nam nie tyle album, co opowieść. I faktycznie jako taka się najlepiej sprawdza - słuchana w całości prowadzi nas przez kolejne piękne krajobrazy malowane gitarami i charakterystycznym, dźwięczno-zachrypłym głosem Dagona.

17. Sólstafir – Hin Helga Kvöl
Chwilę minęło odkąd słuchałem Sólstafir ostatnio. Na nowy singiel natrafiłem przypadkowo, i usłyszana zmiana w stronę black metalu zaintrygowała mnie dostatecznie, by obiecać sobie odsłuch albumu, gdy ten wyjdzie.
Ostatecznie nowy album jednak nie był ani tym Sólstafirem, którego zapamiętałem, ani tym black metalowym ze swoich dawnych lat. Był czymś trochę pomiędzy, a trochę poza - balansując między opieszałością i ciężkością doomu, blackowymi momentami (głównie wokalnymi), a delikatniejszym dźwiękiem przez które stał się znany szerszej publice. Co było bardzo świeżym i przyjemnym doświadczeniem.

16. Austere – Beneath the Threshold
Powrót Austere przyniósł nam cudowne "Corrosion of Hearts", by następnego roku kontynuować podróż przez ciemne wody depresyjnego black metalu z albumem "Beneath the Threshold".
Brzmi on zasadniczo jak godna kontynuacja poprzedniego dzieła - nieco inna, mroczniejsza, porzucająca melodyjność dla atmosfery, jednak ostatecznie reprezentuje sobą bardzo wiele poprzednika, i bardzo wiele Austere.

15. Dool – The Shape of Fluidity
"Epicki" to nie jest określenie, które pierwsze przychodzi do głowy gdy myśli się o gatunku psychedelicznego rocka. W rzeczy samej, jest to gatunek raczej kojarzący się z surrealizmem, kolorami, ciągnącym się hipnotycznym brzmieniem.. i w "The Shape of Fluidity" to wszystko również jest.
Jest jednak też dużo więcej. Spadkobiercy na swój sposób legendarnego w swojej niszy The Devil's Blood - czyli projekt Dool powstały z jego prochów - tworzą rock psychedeliczny, który przekracza skojarzenia gatunkowe. Ich brzmienie jest bardzo przestrzenne, co daje mu wrażenia wzniosłości, którego zbyt często w tym gatunku nie spotykam - a przynajmniej nie w takiej formie i intensywności. Natomiast "The Shape" zdaje się być kwintesencją tego właśnie - cały album zdaje się być spójną, dopracowaną w pełni całością. I choć nie zawsze pochwyci nas w swoje przestrzenie od razu, to tylko kwestia czasu aż to się stanie.

14. Yoth Iria – Blazing Inferno
W tym samym roku grecka scena black metalu ujrzała premierę dwóch pozycji - od legendarnego Rotting Christ, i nowszej formacji jaką jest Yoth Iria.
Jednak to nie weteran gatunku wybił się z tej dwójki - to dokonał świetny album Yoth Irii, który podobnie do poprzednich wydań zespołu udowadnia, że w nieco zastałej greckiej scenie cały czas jest miejsce na innowacje bez zrywania z charakterystycznym brzmieniem.

13. Nachtmystium – Blight Privilege
Wielu rzeczy mógłbym się spodziewać, jednak premiera nowego Nachtmystium zdecydowanie nie była na mojej liście, zważywszy, że jeszcze do niedawna projekt ten miał status zakończonego.
Nowy album co prawda nie osiąga tych samych wyżyn co najlepsze płyty zespołu, lecz wciąż odznacza się tą siłą i doomowym zacięciem za które pokonaliśmy ten zespół. Jest to zresztą odczuwalnie świadome, gdyż mało albumów Nachtmystium brzmi tak nachtmystiumowo - Blake osiągnął w swoim brzmieniu wręcz esencję tego, co charakteryzowało jego projekt, przez co "Blight Privilege" to istnie nostalgiczna podróż.

12. Shadows Veil – Shadows Veil
Mało płyt zespołów zupełnie nowych ma dość siły, by mnie oczarować. Nie mówiąc tym bardziej o debiutach, które są EPkami. To mówiąc, duetowi z Portugalii to się udało. Tytułowy album Shadows Veil zaoferował krótką, lecz niezwykle intensywną podróż wgłąb gotyckorockowej wrażliwości.

11. TR/ST – Performance & TR/ST EP
TR/ST od dawna wspominam jako zespół przypominający mi dawne czasy, gdy stawiałem pierwsze kroki w wielu dziedzinach życia. Jest to niejako projekt bardzo nostalgiczny dla mnie.
Tym niemniej ich muzyka zawsze była jedynie bardzo dobra. Każdy ich album miał w sobie coś, ale nigdy nie na tyle, by był dla mnie w całości przeżyciem. Tę rolę spełniały single, i najpewniej też trochę moja wyobraźnia.
"Performance" i towarzysząca mu EPka "TR/ST" zmieniła to całkowicie. Nie tylko obie płyty łączą najlepszy styl artysty z nieco skoczniejszym, tanecznym synthpopem, ale robią to w sposób, który przywołuje mi całą tę nostalgię, którą podczas słuchania dopowiadała mi wyobraźnia. Płyty te mają w sobie dość przewrotności jednak, by raz za razem protestować takiej swojej jednostronnej funkcji - jak chociażby robi to bardzo skoczne "Run".

10. Psychonaut 4 – ...Of Mourning
Zespół brudnych blokowisk i narkotyków zaoferował nam tym razem dość odmienne doświadczenie. I choć rzecz jasna to nadal depresyjno-suicydalny black metal, "...of Mourning" daje nam odczuć zaskakujące ciepło, przynajmniej jak chodzi o gitarowe tło albumu. Jest ono bardziej monumentalne niż depresyjne, dając to co do tej pory kojarzyło mi się z Forgotten Tombem czy nawet post-blackami. Jednak jednocześnie nie jest to P4 "ugrzeczniony" czy niewierny swoim korzeniom, bo niemało jest tu blackowego brzmienia czy dobrze nam znanych dramatycznych wokali. Tworzą one po prostu dość inny kontekst. Co jest dowodem na to, że Psychonaut jak zwykle nie przestaje szukać i ewoluować swojego brzmienia.

9. I Hate Models – Forever Melancholia
Gdyby ten artykuł powstał o czasie, albumu I Hate Models by tu nie było - zwyczajnie przez fakt, że przegapiłem jego premierę (która skądinąd była w grudniu, więc poślizg nie był duży). Gdy jednak odsłuchałem "Forever Melancholię", stała się ona dla mnie regularnym albumem do odsłuchiwania, gdy tylko potrzeba mi było odrobinę techno. W odróżnieniu od poprzednich dokonań IHM, nowy album eksperymentuje z szeregiem lżejszych, niemal popowych dźwięków, a przez tę różnorodność trudno się od niego uwolnić.

8. KMFDM – Let Go
Album KMFDM jest tym drugim, który skorzystał na moim półrocznym poślizgu z artykułem - gdyż na początku album ten nie przekonał mnie do siebie. Dopiero po ponad roku, gdy na nowo go przesłuchałem "Let Go", dotarło do mnie jak absolutnie relaksujący i interesujący to album - co jest samo w sobie dość niezwykłym opisaniem dokonania tej grupy. Gdyż owszem, zespół ten nigdy nie stał w miejscu, ale od dawna nie eksperymentował z gatunkami i brzmieniem tak intensywnie. Z drugiej strony, szereg utworów wprowadzał mnie w błogość, której od (raczej energicznej) muzyki KMFDM w ogóle bym się nie spodziewał. Co jednak ważne, i ta klasyczna energia zespołu została zachowana - "Let Go" to po prostu album niezwykle bogaty w różnorodne odcienie.

7. Forgotten Tomb – Nightfloating
Bałem się nowego Forgotten Tomb. I to nie to, że ich poprzednie płyty były jakkolwiek złe - daleko mi do ludzi narzekających na ich dyskografię, a poza albumem o wymownym tytule "We Owe You Nothing" nie mogę wymienić albumu, którego bym nie lubił.
Choć być może właśnie ten album miał mi potwierdzić, czy ta włoska legenda DSBMu będzie utrzymywała dalszy poziom, czy może wejdzie w okres naprzedmiennych dobrych i średnich albumów. Co mnie zaś niewymiernie cieszy, "Nightfloating" okazał się silnym, bardzo klasycznym Forgotten Tombem, pełnym starej energii, której bardzo dawno od Herr Morbida nie słyszeliśmy.

6. Kontravoid – Detachment
Po rewelacyjnym "Faceless", nowy Kontravoid jawił się mi bardzo ekscytująco. I słusznie - choć zupełnie nie z powodu podobieństw do poprzedniej płyty! "Detachment" zrywa z zimnym synthem i EBMem, oferując nam cieplejsze dźwięki dzięki współpracy z włoskimi maestrami post-punk & italo - Nuovo Testamento.
Ale by nie było - elektroniki w Voidowym stylu nie zabrakło. Jedynie (już nie pierwszy raz) zaliczyła ona skręt w stronę, która po raz kolejny wzbogaciła ją o nowe znaczenia.

5. Thy Catafalque – XII: A Gyönyörű Álmok Ezután Jönnek
TC to zespół wielu twarzy, co niekiedy sprawiało, że mimo mojej miłości do węgierskiego imiennika tworzącego ten projekt, od nowych płyt się odbijałem - nie na tyle, by koniec końców ich nie lubić, ale na tyle by nie pojawiały się one w notowaniu.
Tegoroczny album jednak porywa nas w tango tego, co w Thy Catafalque najlepsze - folkowego, awangardowego tańca, który choć jest jednym z tych metalowych albumów projektu, jest lekki i swawolny. Jego melodyjne brzmienie i ciepły wokal Tamása przypomina lato, zgrywając się z polami ukazanymi na okładce perfekcyjnie.

4. Ikon – Realm of the Black Sun
Przyjaciele znający mój gust na tyle dobrze by znać Ikon nie byliby zaskoczeni tą pozycją na liście. W istocie, momenty gdy ten zespół mnie zawiódł są niezwykle rzadkie - i nowy album zdecydowanie do nich nie należy.
Jest na nim praktycznie wszystko - utwory spokojne, skoczne, melodyjne, nostalgiczne, przepełnione energią, te smutne, jak i takie, które doceni się w najmniej spodziewanych momentach. Nie jest to jakoś szczególnie zaskakujące dla Ikon, gdyż właśnie ta różnorodność brzmienia była od zawsze jego wizytówką, ale właśnie dlatego też zespół ten od lat jest dla mnie jednym z najukochańszych na scenie gotyckiego rocka.

3. Escape With Romeo – Suspicious Bliss
Escape With Romeo nie byli wśród zespołów, których albumy sprawdzam przy premierze. Mając jednak sympatię do dwóch albumów które słuchałem, i dość przypadkowo przesłuchawszy singiel "Black Jaguar...", uznałem że warto dać "Suspicious Bliss" szansę. Album wstrzelił się zaś w jesienny klimat tak dobrze, że wraz z Soror, stał się dla mnie niejako hymnem tego okresu - a przy okazji najlepszym dokonaniem zespołu, przez które sprawdziłem potem jeszcze kilka innych ich płyt.

2. Zanias – Ecdysis
Zoè ponownie na drugim miejscu! Podbijając moje serce szturmem w poprzednim roku, Zanias z miejsca stała się moim ukochanym projektem na scenie minimal synth. Słysząc więc o nowym albumie, trudno było ukryć moje podekscytowanie. 
I tym razem z łatwością zdobyła moje serce, jednak kompletnie inaczej niż mógłbym się spodziewać. "Ecdysis" bowiem dostarcza nam eterycznego, zmysłowego new age'u, wychodząc daleko poza styl do którego nas przyzwyczaiła. Jest to jednak doświadczenie, które trudno jest zapomnieć - szczególnie, że miałem okazję słuchać ten album na wyjeździe, więc górskie widoki Szwajcarii i zachody słońca na zawsze zapisały się jako stały kontekst do eterycznej elektroniki Zanias.

1. Soror Dolorosa – Mond
Znałem Soror od dłuższego czasu, i już od premiery "Apollo" stali się jednymi z moich ścisłych faworytów post-punkowego ruszenia. Tego jednak co dokona "Mond" nie wyobraziłbym sobie w najmniejszym stopniu, bo to połączenie melancholii i energii zupełnie powaliło mnie z nóg. Być może aspekt premiery tego albumu w jesień - dla której to pory roku to album idealny - tylko dodało do tego efektu.
Nie zmienia to jednak faktu, że nawet po ponad pół roku, "Mond" jest jednym z najlepszych albumów jakie słuchałem w życiu - z dosłownie każdym utworem mającym znaczenie i tworzącym spójną, perfekcyjną całość.

Komentarze